wtorek, 7 lutego 2017

136

Witam, cześć i czołem! Jest tu ktoś jeszcze w ogóle? XDD

WOW!  DWA LATA MINĘŁY ODKĄD OPUBLIKOWAŁAM OSTATNI ROZDZIAŁ!!! Takiej długiej przerwy to się nie spodziewałam, serio. Kto by pomyślał, że po tak długim czasie wrócę tutaj z czymś dla Was. Co prawda rozdział nie jest zbyt długi, ale mam dla Was informację. Otóż jak każdy wie, znaleźć tak zwaną wenę jest dość ciężko, jak i również pomysły na nowe rozdziały, a o czasie by je przenieś na papier to już nie wspomnę.

Poza tym jak każdy z nas starzeję się. A co za tym idzie zmienia mi się... WSZYSTKO. Dosłownie. Jestem już dość stara, bo w tym roku stuknie mi ostatnie -naście i czekają mnie studia. Jaki kierunek? Chcę się wybrać na medycynę, więc pewnie się domyślacie, że nie należę do osób, które potrafią pięknie pisać. Owszem, lubię to i to nawet bardzo. Przez te dwa lata coś tam nabazgrałam w brudnopisie, założyłam dwa blogi. Szok, no nie? Na jednym skończyło się na drugim rozdziale (brak pomysłów jak dalej to by pociągnąć do środka historii, który już mam),  a na drugim blogu zakończyłam historię bohaterów na rozdziale siódmym (pomimo, że mam napisane trzynaście). Dużo też napisałam jednorazówek z przyjaciółką (pewnie znacie ~Justme :) ), ale większość z nich nie dostała się na bloga, którego razem prowadzimy. Był nawet motyw, że zaczynamy prowadzić zupełnie nowego bloga z nową historią, ale jak zgadujecie... skończyło się tylko i wyłącznie na planach.

Do rzeczy. Chodzi oto, że mam pomysł jakby pociągnąć tę historię dalej, ale nie wiem jak zakończyć to co się wydarzyło do tej pory. I tu się zaczynają schody.
Primo. Mogłabym po prostu zacząć nową historię, nie kończąc poprzedniej, Wszystko by się wyjaśniało w kolejnych rozdziałach i wszystko byłoby si. Nie musiałabym wymyślać na siłę wszystkiego.
Secundo.  Jak wyżej wspomniałam. W tym roku będę zaczynać studia i pytanie, czy znajdę na nich czas, żeby cokolwiek napisać i czy jest sens zaczynać coś czego nie będę w stanie skończyć?
Tertio. Tematyka nowej historii, nie byłaby związana z BTR. Dlaczego? Bądźmy szczerzy. BTR umarło, a osoby, które nazywały się fanami zniknęły.



No także tego, zapraszam na bardzo krótki rozdział, a także do rozmyśleń. Jeżeli przeczytasz to, napisz mi o tym komentarz, bym wiedziała ilu jeszcze Was pozostało. Pamiętajcie. Komentarze motywują do działania. ;)

See you soon


~*~



       Minął tydzień odkąd Kendall trafił do szpitala. Każdy dzień stawał się dla nas wiecznością oczekiwania na coś co mogło nie nastąpić. Całymi dniami siedzieliśmy w szpitalu czekając, aż lekarz prowadzący podejdzie do  nas i powie, że nasz blondasek się obudził, że możemy z nim porozmawiać.
       Każdego dnia układałam w głowie scenariusz, a co by było gdyby... I każdy z nich miał szczęśliwe zakończenie. Każdy z nich kończył się pocałunkiem. Polubiłam marzenie o szczęśliwym zakończeniu. Szczerze mówią to pragnęłam, by któryś z moich scenariuszy się stał rzeczywistością. Wiem, byłam idiotką ciągle je układając, ale co mi zostało? Nic. Nasza nadzieja na wyzdrowienie Kendalla malała z każdym kolejnym dniem.
       Rozpoczęcie nowego dnia zaczynało się tak samo. Kawa, szybka toaleta i siedzenie pod drzwiami do pokoju Schmidta w nadziei, że ktoś stamtąd wyjdzie krzycząc: "TAK! OBUDZIŁ SIĘ! MOŻECIE GO PRZYWITAĆ! " i dosłownie tańcząc pójdzie dalej. Ale to było niemożliwe. Nie ze stanem naszego przyjaciela.
       Powoli wstałam z krzesła i powoli ruszyłam w kierunku szyby do pokoju blondyna. Poczułam na sobie zdziwiony wzrok przyjaciół. Delikatnie oparłam głowę o zimne szkło i spojrzałam na Meg, która siedziała przy łóżku i mocno ściskała rękę swojego chłopaka, którą od czasu do czasu delikatnie całowała. Tak jakby jej pocałunek miał sprawić, że on wyzdrowieje, że otworzy oczy i powie "Cześć, kochanie."
       Na moją twarz wpłynął delikatny uśmiech, a w oczach pojawiły się łzy. To była prawdziwa miłość. Między nimi zawsze istniało gorące uczucie, które każdego dnia wzrastało. Byli idealną parą. Zawsze się kochającą i nie bali się uczucia, które ich "zniewoliło". Nigdy nie sądziłam, że będę świadkiem czegoś takiego, że zobaczę prawdziwą miłość.
- Dlaczego nie chcesz się obudzić? - szepnęłam sama do siebie, a po moich policzkach zaczęły spływać łzy, które z czasem opadły na ziemię, by pozostawić na niej małe, okrągłe krople słonej wody. - Nie rób jej tego. Proszę Cię, Kendall. Nie pozwól jej dłużej cierpieć.
       Poczułam jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu, a następnie delikatnie przytula mnie do siebie. Powoli odwróciłam głowę i zobaczyłam James'a. Nie uśmiechał się. W dużym skupieniu obserwował Meg.
- Nie płacz. - szepnął po dłuższej chwili, - Nie masz powodów.
- Twój przyjaciel umiera. Nie martwi Cię to? - zapytałam, nie wierząc w to co przed chwilą usłyszałam.
- Mówiłem Ci. Nie umrze.
- Od tygodnia nie ma z nim kontaktu, Lekarze nie chcą nam nic powiedzieć, bo wiedzą, że każdego dnia jest coraz gorzej, ale nie chcą nas martwić.
- Kendall, nie umrze. Obiecałem Ci to. - spojrzał mi prosto w oczy,
- Oboje dobrze wiemy, że nie potrafisz dotrzymać tej obietnicy.
- Panie doktorze! - usłyszeliśmy głośny krzyk Meg, a następnie zobaczyliśmy jak lekarz wraz z dwoma pielęgniarkami wbiegając do sali Kendalla, a my zaraz za nimi.
- Co się dzieje? - personel zaczął sprawdzać cały sprzęt, do którego był po podłączany blondyn. Lekarz uważnie spojrzał na za intubowanego pacjenta.
- Poruszył ręką. - szepnęła uśmiechnięta blondynka. - Naprawdę. Zacisnął moją dłoń.
- Panno... - lekarz nie dokończył, ponieważ jego pacjent zaczął dusić się rurką. - Spokojnie, panie Schmidt. Zaraz usuniemy to z pańskiego gardła.
Nie minęło nawet pół godziny, a wszyscy siedzieliśmy obok blondaska i cieszyliśmy się jak idioci.
- Tak się martwiłam. - szepnęła Meg, głaskając policzek swojego chłopaka.
- Skarbie, - szepnął słabo. - Mam prośbę.
- Co tylko chcesz.
- Kupisz mi... hot-dog'a? - zapytał uśmiechając się delikatnie, a my wszyscy wybuchliśmy śmiechem.




~*~

Tutaj jest fragment rozdziału nowej historii, który miałby się pojawić za jakiś czas. Powiedzcie co myślicie i już.

~*~

Cztery lata.

       Minęły dokładnie cztery lata odkąd się rozstaliśmy. Krótko po tym jak Kendall wrócił do domu wyprowadziłam się. Bądźmy szczerzy. Nie miałam tam czego szukać. Przez pierwsze miesiące utrzymywałam kontakt z przyjaciółmi, ale potem się urwał. Z tego co zobaczyłam w gazetach i telewizji, Vicki wróciła do domu, ale bez Logana. Chyba się rozstali na dobre. Tworzyli naprawdę dobrą parę. Carlos podobno ma nową dziewczynę. Alexa Vega. Jest bardzo ładna i sprawia wrażenie sympatycznej. Ciekawe czy gdybyśmy nadal mieszkali razem to czybyśmy się polubiły? James. Widziałam go w Dancing with the Stars. Był naprawdę dobry, ale niestety nie wygrał. Co się dzieje z resztą moich przyjaciół nie mam bladego pojęcia.
       Być może błędem było ich porzucanie i wyjechanie bez słowa wyjaśnienia. Okay. Wiedzieli, że chcę podbić świat, ale nic więcej. Poza tym to było głupie marzenie, które i tak się nie spełniło. Jak z czasem się okazało, ludzie rozpoznawali mnie tylko i wyłącznie dlatego, że byłam z Maslow'em. Super kariera, nieprawdaż?
       I oto jestem. Stoję przed naszym starym domem. Dużo się zmieniło odkąd ostatni raz tu byłam. Dom wygląda jak nowy. Nowa farba, okna, drzwi i dach. Wszystko inne. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czyżby został tu tylko jeden, a reszta sie wyprowadziła? Nie wiem dlaczego, ale obstawiałam, że w drzwiach zobaczę Kendalla. Dziwne, no nie? Właścicielem był Logan, a ja spodziewam się Kendalla. Wciągnęłam powietrze i nacisnęłam dzwonek. Naprawdę zaczęłam się denerwować, kiedy stałam i czekałam, aż drzwi ustąpią. A co jeśli mnie nie rozpoznają? Albo nie będą chcieli znać?
- Czeeeee... - przerwałam, widząc w drzwiach jakiegoś chłopaka. Był ode mnie nieco wyższy.
- Cześć - szatyn zmarszczył brwi i oparł się o na wpół otwarte drzwi. - Mogę Ci w czymś pomóc?
- Em, tak - przytaknęłam ruchem głowy. Jezu, jaki on jest cholernie przystojny. Ciekawe ile ma lat... - Szukam swoich przyjaciół. Mieszkali tutaj. Cztery lata temu.
- Cóż, ja mieszkam tutaj od trzech, więc nie wiem czy Ci pomogę.
- Sprzedali Ci go? - nie mogłam w to uwierzyć. Oni się naprawdę rozpadli. Wszystko się rozpadło.
- Jak widać. Potrzebujesz jeszcze czegoś?
- Znasz może ich adresy? Albo sposób w jaki się z nimi skontaktuje?
- Księżniczko, pomyśl. Jak mogę Ci pomóc skoro nie wiem kim byli Twoi znajomi. Dom sprzedała mi córeczka prezydenta. Ale wątpię, że się znałyście - zmierzył mnie wzrokiem.
- Vicky? Owszem, znałam ją - uniosłam wyżej podbródek, by wiedział, że nie dam się tak łatwo spławić. - Zaprosisz mnie czy będziemy rozmawiać na ulicy?
Zaśmiał się pod nosem, ale otworzył szerzej drzwi i zaprosił mnie ruchem ręki.
       Zmienił całe wnętrze. Salon nie był już wpuszczony w podłogę. Szklana ściana została zastąpiona zwykłą, a drzwi do ogrodu zmienione na większe. Zniknął barek, przez który można było zajrzeć do kuchni. Drzwi też zmienił. Pojawił się kominek, nowy telewizor i układ mebli. Na ścianach nie było obrazów, a zieleń którą wprowadziłam z dziewczynami zniknęła. Wszystko było w odcieniu szarego.
       Stałam tam jak wryta. Tyle się tutaj wydarzyło... Uśmiechnęłam się pod nosem. Pewnie popłakałabym się, gdybym zastała to same wnętrze, które opuszczałam, ale to wszystko nie przywracało wspomnień.
       Chłopak minął mnie bez słowa i rozsiadł się wygodnie na kanapie. Bez przerwy uśmiechał się idiotycznie. Tak jakby się spodziewał, że przyjdę i wszystko zaplanował. A co jeśli to jakiś morderca? Albo psychopata? W co ja się wpakowałam.
- Napatrzyłaś się już? - spojrzałam w jego stronę i powoli ruszyłam w jego kierunku. Usiadłam wygodnie w fotelu. - Więc mówisz, że szukasz przyjaciół.
- Tak, urwał nam się kontakt i...
- A skąd pomysł, że oni chcą byś ich znalazła? - zapytał, a ja poczułam ukłucie w sercu. Przecież tyle lat się przyjaźniliśmy. Na pewno też szukają ze mną kontaktu. Chcą tego tak samo jak ja. - Może to właśnie ty byłaś ich powodem wyprowadzki. Wiedzieli, że wrócisz, dlatego się wyprowadzili i nie dali Ci znać dokąd idą.
- A ty skąd możesz to wiedzieć, co? - zmarszczyłam brwi. Nie minęło nawet dziesięć minut od mojego wejścia do tego domu, a już wyprowadził mnie z równowagi. Za kogo on się do cholery uważa, że wygaduje takie rzeczy? - Zapytałam grzecznie, czy masz z nimi kontakt, a ty wyjeżdżasz mi tu z jakimiś swoimi przemyśleniami filozoficznymi. Jeżeli nie wiesz, gdzie ich znajdę to po prostu to powiedz.
Z sykiem wciągnął powietrze.
- Kurwa. Przejrzałaś mnie - prychnął, kręcąc głową.
- W takim razie nie mamy o czym rozmawiać. Żegnam - podniosłam się i ruszyłam do wyjścia. Nie czekałam, aż ten mnie odprowadzi, bo domyślam się, że nie zrobiłby tego.
- Już sobie idziesz, księżniczko? Szkoda.
       Miałam ochotę odwrócić się, by pokazać mu środkowy palec i powiedzieć, że ma się walić, ale tego nie zrobiłam. Gnojek. Uważa się za lepszego. Pf. Akurat on miałby być lepszy od kogokolwiek? Jest zadufanym w sobie dupkiem. Jednego jestem pewna. Nie polubię go nigdy. I mam nadzieje, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać jego gęby.

wtorek, 29 kwietnia 2014

135 " (...) Nie zostało mu wiele... (...) "

Cholera jasna! Jak długo można przeprowadzać operację?! Cholera, jak długo?! Co stało się, że on tak długo przechodził tą operację? Czy to było coś poważnego? Czy on przeżyje? Co ja zrobię jeśli umrze?
W mojej głowie kłębiły się najgorsze myśli. Bałam się o niego. Bardzo. Nigdy wcześniej nie odczuwałam takiego strachu. Bałam się, że go stracę na zawsze...
- Państwo do...? - przed nami stanął mężczyzna w białym fartuchu. Od razu się poderwałam i stanęłam obok niego.
- Co z moim chłopakiem? Co z Kendallem? - zapytałam spanikowana.
- Schmidtem? - zapytał, a ja pokiwałam głową. - Cóż. Jego stan jest bardzo ciężki... Ma połamane żebra, zmiażdżone niektóre organy wewnętrzne, ciągłe krwotoki, uszkodzoną czaszkę, połamane kości...
- Ale co mu się stało? - zapytałam, a łzy ponownie zaczęły spływać po mich policzkach.
- Miał poważny wypadek. - zaczął przełykając ślinę. - Jego samochód został przygnieciony do budynku wraz z nim. Kierowca tira uciekł z miejsca zdarzenia. Policja go wciąż szuka.
- Jezus Maria. - jęknęłam załamana. Wszyscy byliśmy w szoku.
- Nieuniknione, że...
- Niech pan nie kończy! - pisnęłam błagalnie wchodząc mu w pół zdania. - Zawsze jest nadzieja. On musi przeżyć.
- Robimy co w naszej mocy...
- To zróbcie więcej. - Logan mnie przytulił, a ja wybuchłam jeszcze głośniejszym płaczem.
- Czy możemy go zobaczyć? - zapytał cicho James.
- Tylko przez szybę. Przykro mi. - westchnął i odszedł.
Szybko poszliśmy w odpowiednim kierunku, ubierając wcześniej oczywiście szpitalne fartuchy dla pacjentów. Kiedy dotarliśmy do sali, w której leżał mój ukochany stanęliśmy jak wryci. W pokoju było pełno pielęgniarek. Wciąż coś przy nim robiły,a  on leżał nieprzytomny. Miał owiniętą głowę, nogę w gipsie, rękę, był po podłączany do EKG i innych najróżniejszych urządzeń. Była przeprowadzana dializa, podawane kroplówki, wciąż zmieniane opatrunki. Wyglądał... Strasznie... Wybuchłam niepohamowanym płaczem. Nie miałam siły. Chciałam zrobić coś co by mu pomogło, ale nie wiedziałam co. Nie mogłam nic zrobić. Musiałam czekać, aż... To było straszne.
- My jedziemy do domu. - mruknął James. Odwróciłam się delikatnie i zobaczyłam jak Vivienne i Maslow szykują się do wyjścia. - Ogarniemy dom, zawieziemy Fox'a do rodziców i wrócimy. Potem pojedziecie wy, żeby się ogarnąć.
Nie odpowiedziałam. Po prostu z powrotem przeniosłam wzrok na Kendall'a. Chciałam mu pomóc za wszelką cenę. Musiałam coś wymyślić. Dla niego byłam wstanie zrobić wszystko...


Oczami Vivienne

- James, boję się. - jęknęłam kiedy byliśmy już w domu. Ten bez słowa mnie przytulił. Tak jak kiedyś... czule. Odwzajemniłam uścisk. Potrzebowałam tego. Zwłaszcza teraz, gdy Kendall był w szpitalu i mógł umrzeć... Bałam się o niego i to cholernie... Żałowałam, że nie pojechałam z nim. Może to ja bym tam leżała, a on by się jakoś wykaraskał...
- Wszyscy się boimy... - szepnął przytulając mnie mocniej. Wiedziałam, że też martwi się o Kendalla. W końcu przyjaźnili się i to bardzo długo.
- A jeśli on umrze? - szepnęłam bardzo cicho.
- Nie umrze. Nie pozwolimy na to. Uratują go. Wystarczy uwierzyć...
Przełknęłam głośno ślinę. Chciałam wierzyć w to, że blondyn wyjdzie z tego, ale nie mogłam. Nie potrafiłam, bo wiedziałam w jakim jest ciężkim stanie.  Wzrok lekarza mówił sam za siebie. Nie zostało mu wiele...





~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Sorki, że taki krótki, ale to tak na szybko ;* Postaram się, żeby kolejny był dłuższy ;* Do zobaczenia myszki ;*

niedziela, 6 kwietnia 2014

134 " (...) Ty tak na serio? (...) "

Oczami Meg

Minął już tydzień odkąd Vivienne i James wyjechali. Logan niby się zmienił, ale jak tylko chłopaki pili to on też musiał. Cały czas powtarzałam Kendallowi, że nie mają tego robić, że mają go wspierać, a nie jeszcze nakręcać. Ale on stwierdził, że za bardzo przesadzam i jedno piwo nie zaszkodzi. Owszem. Im nie, ale Loganowi bardzo. Przecież człowiek, który rzuca picie nie może pozwolić sobie na "jedno piwo", bo to może być jego gwóźdź do trumny.
- Ile razy mam ci powtarzać, żebyście z nim nie pili? - warknęłam, kiedy Kendall wszedł do naszej sypialni. Kolejny mecz równa się kolejne piwa. - Dobrze, wiesz, że jeśli będziecie tak robić to on nigdy nie przestanie pić. 

- Oj nie przesadzaj. - cmoknął mnie w policzek i położył się na łóżku. 
- Ja nie mam przesadzać? - spojrzałam w lustro marszcząc czoło. Najwidoczniej mój chłopak miał w dupie to co mówiłam. - Jeśli się nie opanujecie to wyrzucę cały alkohol. 
- Nie zrobisz tego. - zmarszczył brwi. Był zły. 
- Właśnie, że tak. Dla Logana, ciebie i Carlosa. - wstałam i zaczęłam sprzątać jego brudne ubrania. Wrzuciłam je do specjalnego kosza w łazience. 
- I co będziemy pić przy meczu? - spojrzał na mnie dziwnie. 
- Czy ty się słyszysz? Nie potrzebny mi kolejny pijak w tym domu. - warknęłam. - Jak chcesz pić to pij, ale możesz być pewien, że ja tego tolerować nie będę. 
- Grozisz mi zerwaniem? - prychnął. Był wstawiony. Widziałam to. 
- Przypomnij sobie naszą rozmowę. Mówiłeś, że nigdy mnie nie zostawisz, a jak narazie ciągle się od siebie oddalamy. - szepnęłam. - Tego chcesz? 
Odwrócił twarz w drugą stronę. 
- Nie. 
- Więc nie pij. - poprosiłam. - Pomóż Loganowi. 
- Dobrze. - znów spojrzał na mnie. - Postaram się jak tylko mogę.
- Zrób to dla mnie. - szepnęłam. Dla Logana... Proszę... 

- Obiecuję, kochanie. - pocałował mnie w czoło.
Zacisnęłam usta i przytuliłam się do Kendalla. Ale to nie było zwykłe przytulenie. Było zupełnie inne. Bałam się okropnie. Przecież ostatnio jak miałam takie złe przeczucia to coś się wydarzyło. Wszyscy cierpieliśmy. Ale to nie chodzi teraz o rozterki miłosne. To będzie tragedia. Wielka tragedia, która nas poróżni. Bałam się. O wszystkich. Nie chciałam, żeby cierpieli, żebym ja cierpiała, Kendall. Miało być pięknie, a co jeśli nie będzie? Jeszcze mocniej przytuliłam się do mojego chłopaka. 

- Hej, co się dzieje? - odsunął się na tyle, by spojrzeć mi w oczy. 
- Boję się. Coś się stanie. To będzie tragedia. Straszna tragedia. Poróżni nas wszystkich. Kendall ja nie chcę. - prawie płakałam. 
- Kochanie. Naszej przyjaźni nic nie zniszczy. Przetrwamy to wszyscy razem. Tak jak każdy poprzedni problem. - mówił spokojnie.
- A my? Jeśli tego nie przetrwa nasz związek? 

- Co ty mówisz?! - skarcił mnie. - Obiecałem ci, że zawsze będziemy razem, że nic nas nie rozdzieli! I tak będzie. Na zawsze.
- Ale...
- Żadnego ale! Nie zostawię cię! Zawsze będę obok. 
- Nie zostawiaj mnie. Nigdy. - znów się przytuliłam. 
- Nigdy. Obiecuję. - szepnął mi we włosy. 
Wtedy choć trochę odetchnęłam z ulgą. Wiedziałam,  że Kendall mnie nie zostawi. On zawsze dotrzymywał danego słowa. Teraz też tak będzie.

Wstałam równo ze słońcem. Obudziłam się kiedy ono wschodziło. Przebrałam się w dres i poszłam do ogrodu ćwiczyć jogę. To niby uspokaja, ale mnie tylko jeszcze bardziej zaniepokoiło. Te głupie ćwiczenia sprawiły, że jeszcze więcej myślałam o tym wszystkim. Czułam się jak jakaś wyrocznia.  Tylko, że te wiedzą co się stanie, a ja? Nic. Guzik. Miałam cholerne przeczucie, że coś się wydarzy, ale za Chiny nie mogłam wymyślić co może się stać. Kompletna pustka w głowie.
- A ty już nie śpisz? - do kuchni weszła Vicki.

- Od wczoraj. - mruknęłam kładąc głowę na stół.
- Chcesz kawy? - zapytała i zaczęła robić napoje dla wszystkich. 

- Nie dzięki. Wypiłam już trzy. 
- Co? Wiesz, że przez to możesz się wykończyć? - zapytała przerażona. Wstawiła wodę. 
- Kawa mi nie zaszkodzi. - wywróciłam oczami. Akurat w kuchni pojawiły się nasza trójka dzieci. Carlos, Kendall i Logan. jedno pojechało na wakacje wkurzać Vivi. O dziwo chłopcy nie mieli kaca. Nawet po nich nie było widać, żeby wczoraj pili.
- Hej kochanie. - blondyn pocałował mnie w policzek.  - Od kiedy nie śpisz? 
- Od wschodu słońca. 
- Przyda ci się trochę relaksu, wiesz? - bardziej stwierdził niż zapytał. 
- Nie. Nie potrzebuję tego. - uśmiechnęłam się 
- Serio? Wyglądasz jak trup. - powiedział Carlos z pełną buzią. 
- Zamknij ryj, Pena. - warknął Kendall.  - Chodź. Prześpisz się. - wziął mnie na ręce i zaczął nieść na górę.
- Nie chcę iść spać. Chcę być z tobą. - powiedziałam wtulając się w jego tors.
- Musisz spać. - mruknął. - Bez tego nie możesz funkcjonować. 

- Ale... - zaprotestowałam kiedy położył mnie na łóżku w naszej sypialni. Przykrył mnie kocem. 
- Żadnego, ale. - skarcił mnie. - Śpi. Jadę na miasto. Chcesz coś? 
- Jakbyś mógł to perfumy mi się skoczyły. - uśmiechnęłam się. On zawsze miał lepszy gust do tego. Wybierał mi najlepsze i kupował je.
 - Oczywiście. - pocałował mnie w czubek głowy i wyszedł. Nie minęło dużo czasu,a zasnęłam. 


Oczami Kendall'a 


Zrobiłem to co miałem do zrobienia i ruszyłem po perfumy, dla mojej księżniczki. W radiu leciało Windows Down, więc zrobiłem głośniej i zacząłem śpiewać. Jechałem powoli. Zgodnie z przepisami. Nie śpieszyło mi się, bo im szybciej bym wrócił Meg krócej by spała. Wstała zaraz po tym jakbym przekroczył próg domu i wtedy już bym jej nie namówił do spania. 
Zacząłem skręcać w odpowiednią ulicę. Nagle usłyszałem pisk opon. Kiedy się odwróciłem zobaczyłem, jak tir jedzie w moją stronę. Kierowca nie próbował niczego. Był piany. Strasznie piany. Próbowałem uciekać, ale to nic nie dało. Uderzył we mnie. Moja głowa odbiła się od bocznej szyby, a auto sunęło się po jezdni. Chciałem uciec, ale nie mogłem. Samochód odmawiał mi posłuszeństwa. Przygniótł mnie do budynku. Uderzyłem głową o kierownicę. Jedyne co usłyszałem przed straceniem przytomności to pisk opon.... 


Oczami Meg

- Wstawaj! Wstawaj! - ktoś przeraźliwie krzyczał i mną potrząsał. - Wstawaj! Meg! Wstawaj! 
- Co? Co jest? - zapytałam powoli otwierając oczy. To była Vicki. Płakała i była przerażona. 
- Kendall....
- Co z nim? - obudziłam się natychmiastowo. 
- Musimy jechać do szpitala! - kiedy to powiedziała błyskawicznie wstałam i znalazłam się na dole. Chłopaki już tam byli. Szybko wsiedliśmy do aut i pojechaliśmy do wskazanego szpitala. 
- Kendall Schmidt. Gdzie leży? - zapytałam cała przerażona. 
- Kendall Schmidt... Aktualnie jest na operacji. - powiedziała recepcjonistka. - Proszę usiąść. Lekarz za chwilę powinien przyjść do państwa.  
Chłopaki posadzili mnie na pobliskim krześle. Boże co się stało? Dlaczego operacja? Dlaczego szpital? Miał wypadek? Jezu! Niech ten lekarz już przyjdzie, bo nie wytrzymam! Zabije się jeśli coś mu się stało!


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I to 134! :D Zadowolone? ;> Bo ja bardzo ;3 Trzymajcie kciuki za Kendzia :D <3 Do zobaczenia :D 


PS: uprzedzam, że jeśli nie będzie mnie przez dłuższy czas (do ok 3 maja) to nie martwcie się, nie ucieknę wam tak szybko ;**** <3 

sobota, 29 marca 2014

Hej.
Jest Was bardzo mało.
Aż dwie osoby to czytają. 

Ale cóż. Sama sobie jestem winna. Ciągłe zawieszanie, beznadziejne rozdziały, zamęt w ich treści, pełno błędów, nielogiczna treść.
Wszystko jest moją winą i ja o tym wiem, ale...
Cholernie za Wami tęsknię. Za tym jak wchodziłam na bloga z radością, bo wiedziałam, że to Wam się podoba, że jest dla kogo pisać, a teraz? Zostałam sama i to przez własną głupotę.
Nie dziwię się Wam, bo sama pewnie bym porzuciła takiego idiotycznego bloga jak ten. ;/
Pewnie macie mnie dość i to BARDZO, ale... chcę skończyć tego bloga, a dużo już nie zostało...
Dlatego chciałabym, żebyście byli ze mną do końca... Proszę... Wasze opinie dają mi porządnego kopa i chęć do pisania... Pomożecie mi??? :C Ten ostatni raz??? :C





133 " (...) Gdzie byłaś? (...) " 




Oczami Meg



Kolejna nieprzespana nocka. Jedynie tego mi brakowało. Bezsenności. Cały czas przewracałam się z boku na bok. Wierciłam się. Szukałam miejsca. Lewy bok, nie. Prawy bok, nie. Brzuch, nie. Plecy, nie. U Kendalla, nie. Nigdzie mi nie było wygodnie. Za bardzo martwiłam się o Vivienne. Ostatnio jak z nią rozmawiałam to nie była zbyt wesoła. Może znowu się pokłóciła z Jamesem? Albo coś się stało? W mojej głowie formowały się najgorsze scenariusze. Miałam wrażenie, że coś się stanie. Coś złego, bardzo złego.
- Kochanie, gdzie idziesz? - Kendall się przebudził. Pewnie moje wiercenie go obudziło.
- Idę się napić wody. Śpi. - pocałowałam go w czoło.
Po cichu otworzyłam drzwi sypialni, a następnie je zamknęłam. Cicho zeszłam na dół. Moje kroki były miękkie i zwinne. Nie chciałam obudzić ani Logana ani Victorii. Oboje spali w salonie. Bell się uparła i nie mieliśmy na nią rady. Weszłam do kuchni i jak nalałam do szklanki wody, najciszej jak tylko potrafiłam. Wzięłam łyka i ruszyłam w drogę powrotną do sypialni. Kiedy byłam w salonie usłyszałam jak drzwi frontowe się otwierają. Gwałtownie się zatrzymałam... Serce mi przyśpieszyło, a tętno zaraz podskoczyło. Adrenalina wzrastała z każdą sekundą. No chyba nikomu nie przypomniało się, że o trzeciej nad ranem trzeba wrócić do domu... To musiał być ktoś inny... Obcy...
Po chwili moim oczom ukazał się blond kucyk.  Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam, że to Halston. Ale chwila. Gdzie ona była? I dlaczego wraca dopiero nad ranem? Przecież nawet nie zauważyłam kiedy wychodziła. Co jest grane? 

- Gdzie byłaś? - zmarszczyłam brwi, a ona na dźwięk mojego głosu podskoczyła ze strachu. 
- Nie muszę ci się tłumaczyć. - powiedziała pewnie, ale było widać, że się boi. 
- Gdzie byłaś? - powtórzyłam. - Jamesa nie ma, a ty się bawisz w najlepsze? Jesteś idealną narzeczoną na śmietnik. - syknęłam. 
- Uważaj na słowa! - fuknęła. 
- Bo co mi zrobisz? Powiesz Jamesowi? - prychnęłam i ruszyłam z powrotem na górę. - Nie rusza mnie to. Serio. 
- Wyrzuci cię stąd! - krzyknęła za mną, a je ledwo powstrzymałam śmiech. To ona jest tak zapracowana, że nawet nie wie iż dom, w którym mieszka należy do Logana. Obecnie pijanego, ale to nie ważne.
- Kotku, - położyłam się z powrotem obok Kendalla. Mocno się do niego przytuliłam. - Wiesz, że Halston coś ukrywa?
- Kochanie, śpi. - przytulił mnie. - Jest trzecia nad ranem. Śpi już.
Po mimo próśb Kendalla nie zmrużyłam oka. Nie mogłam. Wciąż się zastanawiałam, dlaczego ona tak późno wraca i skąd wraca. Może to jest to zło, które ma się wydarzyć? Nie. To zło wydarzyło się, wraz z jej przybyciem i oświadczynami Jamesa. To będzie coś gorszego. Znacznie coś gorszego. Coś czego nie da się już naprawić...

Kendall się przeciągnął, a ja na ten widok się uśmiechnęłam. Uwielbiałam patrzeć jak się budzi. To był widok, za który mogłabym oddać wszystko. Dosłownie wszystko. 

- Dzień dobry. - szepnęłam nadal mu się przyglądając.
- Cześć kochanie. - musnął moje usta. - Nie spałaś. - powiedział, kiedy się odsunął. Pewnie wyglądałam strasznie. Te sine worki pod oczami.
- Coś się stanie. - mruknęłam, a on momentalnie mnie do siebie przytulił. 

- Dlaczego tak uważasz? - pocałował mnie w czubek głowy. 
- Po prostu to czuję. Coś strasznego się stanie. Bardzo strasznego. - spojrzałam prosto w jego zielone oczy. Zawsze mnie hipnotyzowały i uwodziły na nowo. Były przepiękne. Najcenniejsze na świecie.
- Skarbie, - zaczął gładząc mój policzek. - Niech się dzieje co chce. Ja jestem szczęśliwy, bo mam ciebie i nic tego nie zmieni. Nawet najgorsza rzecz na świecie. Zawsze będę z tobą.
- Kocham cię. - uśmiechnęłam się i go pocałowałam. Odwzajemnił pocałunki. Jednym ruchem posadził mnie na swój brzuch i zaczął badać moje plecy. W pewnym momencie ugryzłam go w dolną wargę, a on się tylko cicho zaśmiał. Szybko się znalazł nade mną i przyssał się do mojej szyi. Zaczęłam się śmiać pojękując od czasu do czasu. Nagle drzwi naszej sypialni się otworzyły, a do środka weszła Vicki.
- Ken... Przepraszam. - powiedziała, kiedy zobaczyła jak Kendall ukradkiem siedzi na mnie. 

- Nie Vicki, zaczekaj! - powiedziałam spychając go z siebie. - Coś się stało?
- Nie nic. Kontynuujcie, bo najwyraźniej wam przerwałam.
- W niczym nie przerwałaś. - powiedział Kendall, a ona dopiero wtedy weszła z powrotem. Zamknęła cicho drzwi i usiadła na łóżku.
- Myślałam o tym co wczoraj mówiliście. - powiedziała, a ja z Kendallem spojrzeliśmy na siebie. 

- Tak? - zdziwił się blondyn. 
- Tak i postanowiłam, że zaprowadzę go na ten odwyk.
- To dobrze. - uśmiechnęłam się lekko. 

- Ej, no on dopiero upił się drugi raz. - Kendall zaczął go bronić. - Może poczekajmy jeszcze z tym odwykiem, co?
- Wiem, że to twój najlepszy przyjaciel, ale on musi się leczyć. - powiedziałam twardo. 

- Rozumiem to, ale trzeba z nim najpierw o tym pogadać, a nie tak z dnia na dzień go zabierać na odwyk. Pogadam z nim i postawię mu ultimatum. 
- Jakie? - Bell się zaciekawiła. 
- Jeżeli nie rzuci picia przez najbliższe dwa tygodnie zabieramy go na odwyk. - powiedział dość poważnie. 
- Wątpię, żeby to się udało, ale niech będzie. - powiedziałam zrezygnowana. 
- Dzięki. - blondynka uściskała nas i wesoła wyszła z naszego pokoju. Najwyraźniej nie chciała, żeby Logan ją zostawił. Była od niego uzależniona.
- To na czym skończyliśmy? - Kendall zaczął całować mnie po szyi.
- Na prysznicu. - zaśmiałam się wstając.
- Czyli przenosimy się pod prysznic? - znacząco poruszał brwiami. 

- Co? Nie. - zaśmiałam się. - Ja idę pod prysznic, a ty tu trochę ogarnij, bo niedługo nie będzie widać komody pod tą warstwą kurzu. 
- Bo nie sprzątasz. - udał nafochanego.
- Bo ty to robisz lepiej, zwłaszcza jak masz motywacje.
- Dobra. - wyszczerzył się, a ja poszłam pod prysznic.



Oczami Carlosa


- Dlaczego wciąż jej bronisz? - znowu ten sam temat. Christine nie odpuszczała. Wciąż mnie posądzała o zdradę z Vicki, że to ją kocham, a nie swoją dziewczynę. Owszem kocham Vicki, ale jak młodszą siostrę, tak samo jak Vivienne i Meg. - A może teraz sypiasz z Droke?
- O co ci znowu chodzi? - westchnąłem wstając z łóżka.  

- O twoje zdrady. - syknęła. 
- Nie zdradziłem cię. - mruknąłem grzebiąc w komórce. 
- A Droke? - syknęła. 
-  Nie przespałem się z nią. - nie wytrzymałem. - Zdążyłem uciec. Powstrzymać ją i dobrze o tym wiesz.
- Nie kłam. Na pewno nie mówisz mi prawdy. - powiedziała, a ja założyłem czarne jeansy i biały T-shirt. 
- Dlaczego wciąż wywołujesz kłótnie? Jeśli masz mnie dość to mi to po prostu powiedz. Zerwij i się wyprowadź. Wtedy będziesz mieć spokój.... Oboje go będziemy mieć ... - ostanie zdanie wyszeptałem. 
- Nie dam ci tej satysfakcji. Będziesz się męczyć tak długo jak ja... Do końca życia... 
- Chyba, że ci się nie oświadczę.  - mruknąłem i wyszedłem z pokoju. Christin była bardzo denerwująca, ale ją kochałem. Przynajmniej tak czułem... 


Oczami Vivienne 


Razem z Austinem i Jamesem byliśmy na plaży. Maslow nie ukrywał swojej nie chęci do brązowookiego. Cały czas mu dogryzał, obrażał. 
- Nie rozumiem jak możesz się z nim zadawać? Jest idiotą. - mruknął Maslow, kiedy Mahone poszedł nam po deski do surfingu. 
- Nie rozumiem jak możesz być zaręczony z Sage? Jesteś idiotą. - mruknęłam. 
- To nie to samo. - warknął. - Nie znasz go. Może zrobić ci krzywdę. 
- I kto będzie cię pilnował. - udałam smutek. - W przeciwieństwie do ciebie on potrafi zaproponować trasę. 
- Macie wspólną trasę koncertową. 
- Nie. - powiedziałam szybko. - Zaproponował mi, żebym pojechała z nim. 
- No chyba nie pojedziesz! - oburzył się.
- Wolałabym jechać z nim niż spędzić chociaż jedną chwilę dłużej z tobą......




......

czwartek, 27 marca 2014

132 " (...) Zabronisz mi? (...) "

- Nie możesz się z nim zadawać. - chodziłem za nią po całym jej apartamencie. - Może być niebezpieczny. Nie znasz go. 
- A skąd wiesz? Może właśnie znam go bardzo dobrze, ale nigdy ci o nim nie mówiłam? Nie pomyślałeś? 
- Nie prawda. Nie znałaś go. Nigdy o nim nie mówiłaś. 
- Może dlatego, że nie chciałam, żebyś był zazdrosny? - wzięła spodenki i poszła od łazienki. 
- Nie było nic o nim w twoim pamiętniku. - powiedziałem pewnie. 
- Czytałeś mój pamiętnik? - warknęła. 
- Nie miałem wyjścia. Nie chciałaś ze mną rozmawiać. Musiałem wiedzieć co się dzieje w twoim życiu. 
- To trzeba było się zapytać. - syknęła wracając do pokoju.
- I ty byś mi powiedziała. - wywróciłem oczami. 
- Tak. Dobrze, wiesz, że nigdy cię nie okłamywałam. - szepnęła. - Ale chyba zacznę. - dodała cicho i wyszła z apartamentu. 
Dosyć, że się ze mną zgodziła pojechać to jeszcze ją denerwuje. Miała odpocząć, a nie być przesłuchiwana. Przecież jej życie nie powinno mnie obchodzić. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Może nie powinienem tu z nią być? Może byłoby jej lepiej beze mnie? 


Oczami Carlosa 


- Logan, do cholery, uspokój się! - krzyknąłem, kiedy po raz kolejny dopierał się do Victorii. Był totalnie schlany i myślał tylko o jednym.
 - Jest moja! Mogę uprawiać z nią seks, kiedy tylko chcę! - ryknął. - Chcę właśnie teraz! 
- Uspokój się! - krzyknął Kendall próbując go posadzić na fotelu. Bez skutecznie. Był za silny. Ruchem głowy rozkazałem Christine zabrać Meg i Vicki. Musiałem z Kendallem sobie sam poradzić z nim. Teraz by się przydał James.
- Dajcie mi tu Maslowa! - krzyknął. Najwyraźniej mu się odmieniło. Jednak szczerze wątpię, żeby ten miał ochotę na "rozrywkę" z Hendersonem. - Obije mu ten ryj!
- Logan, uspokój się! - znowu krzyknąłem. Tym razem głośniej. Znacznie głośniej. 
- Zabije go! - szarpał się. Kiedy się uwolnił z naszego uścisku ruszył ku wyjściu. Na szczęście w połowie zemdlał. Nie powiem. Razem z Kendallem cieszyliśmy się. Położyliśmy go na kanapie, a Vicki przykryła go kocem. Kiedy ta przy nim siedziała i pilnowała by sobie czegoś nie zrobił, my obgadywaliśmy sprawy w kuchni.
- Trzeba zadzwonić do jej rodziców. - mruknęła Christi. 

- I co im powiesz? - prychnąłem. - Panie prezydencie facet pańskiej córki zamienił się w  świnię? Nie możemy do nich zadzwonić. 
- Carlos ma rację. - Meg mnie poparła. - Jeśli zadzwonimy do jej rodziców to ją stąd zabiorą. Jeśli zadzwonimy do rodziców Logana ojciec go zabije. 
- Racja. - Kendall przytulił się do Meg. - Wiecie, że jego ojciec nie toleruje pijaństwa, a w salonie leży pijak JEGO SYN. 
- Musimy sobie sami poradzić. - szepnęła Brown.
- Może weźmiemy go na odwyk? - palnęła Christi. 
- Ta, bo on pójdzie na odwyk. Prędzej cię zabije niż pozwoli się tam zaprowadzić. - podrapałem się w tył głowy. - Trzeba coś wymyślić, bo on wykończy tą biedną Vicki. 
- Ona jest tak zakochana, że nie widzi, że to co robi Logan jest złe. Nie chce od niego odejść, bo się boi, że tego nie przeżyje. W końcu to on ją jako pierwszy z was zaakceptował. - powiedziała blondynka patrząc to na mnie to na swojego chłopaka. 
- A to... coś za każdym razem zrobi słodkie oczka i ona mu ulega. - dodałem zaciskając szczękę. 
- Nie ważne co zrobi. Ona mu wybaczy. - Kendall przyjął ten sam ton co ja. 


Oczami Vivienne


- Hej. - przywitałam się z Austinem. Tak Austin Mahone. Jest bardzo zdolny i wiele osiągnie. 
- Hej. - przytulił mnie, a następnie ruszyliśmy do jego salonu. 
- Co się stało? - zapytał siadając na sofie. 
- Nic. - uśmiechnęłam się. - Kiedy jedziesz w trasę? 
- Za dwa dni. A co? Chcesz jechać ze mną? - zaśmiał się.
- Nie mogę. Muszę dzieci pilnować.
- Chciałaś to masz czwórkę. 
- I to jeszcze takie nierozwydrzone. - udałam załamanie.
- I ja mam wystąpić w nich serialu. - znacząco poruszał brwiami.
- Ty się tak nie ciesz. - skarciłam go. - Nie wyrwiesz tam żadnej dziewczyny.
- Dobrze mamo. - zaśmiał się cicho. 
I tak nam zleciało większość wieczoru. Śmialiśmy się,a potem  Austin mnie odwiózł pod sam hotel.


Oczami Halston


Nie przerywając pocałunku ściągnęłam jego T-shirt. Moje ręce zjeżdżały po jego torsie, badając każdy szczegół. Jego silne dłonie przyciągały mnie do siebie. Pieszcząc moje pośladki. Chwyciłam go za pasek od spodni i zaczęłam ruszać się w rytm  jego gorących pocałunków. Jego dłoń gładziłam mój policzek, pilnując bym nie przerwała pocałunku. Po chwili poczułam jak mnie unosi. Oplotłam nogami jego tułów i pozwoliłam się nieść. Nie minęło dużo czasu, a moje ciało ogarnął chłód. Ściana. Mocno mnie przydusił do ściany. Lekko się od niej odbiłam wydając przy tym cichy jęk. Ramka ze zdjęciem spadła. Nie zwróciliśmy na to uwagi. Zaczął całować mnie po szyji. Przyssał się do niej. Pieścił ją językiem, pocałunkami i delikatnie przygryzał skórę. Jęknęłam z rozkoszy. To było niesamowite uczucie. Dawno nie odczuwałam takiej rozkoszy. Nagle oderwał mnie od ściany i rzucił na łóżko. Tylko na to czekałam... 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Żyje ktoś jeszcze na tym blogu? Czy tylko ja? Odezwijcie się. Plissss. ;)

poniedziałek, 24 marca 2014

131 " (...) Już idę. (...) "

O dziwo Vivienne się zgodziła ze mną pojechać. Ale dlaczego? Tutaj ma fanów, przyjaciół... A jednak zgodziła się pojechać ze mną. Może nadal mnie kocha? Może tylko udaje niechęć do mnie? Może uważa, że jestem szczęśliwy nie będąc z nią? Nie wiem. Naprawdę nie wiem co mam już myśleć.
Tego samego dnia, poznałem Halston i się jej oświadczyłem. To naprawdę trzeba być idiotą. Logicznie myśląc to ja jej wcale nie znam. Poprosiłem o rękę po pijanemu. A przecież jak budzisz się obok "narzeczonej"  to nie wypada powiedzieć, że ma wypierdalać. Zwłaszcza kiedy oboje byliśmy nadzy. Mam tylko nadzieję, że nie zaszła w ciążę.
Teraz muszę udawać miłość,ale może sama przyjdzie? Przecież z czasem mogę ją pokochać.



Oczami Victorii


- On jest naprawdę nienormalny? - siedziałam na łóżku w pokoju przyjaciółki i pomagałam się jej pakować.
- Najwyraźniej. - włożyła kolejne rzeczy do walizki. - Tylko kompletny idiota oświadcza się nieznajomej. W dodatku robi to po pijaku,
- Dokładnie. Robi jej tylko nadzieję. I jeszcze tchórz teraz ucieka...
- Tego tchórza trzeba przypilnować. - mruknęła. - Jeszcze może sobie coś zrobić w tym Miami.
- Dobrze, że ty z nim jedziesz. Może przemówisz mu do rozsądku.
- Wiesz co mu przemówi do rozsądku? - zapięła walizkę. - Kij baseballowy.
Zaśmiałam się cicho, a brunetka do mnie dołączyła. Uwielbiałam z nią rozmawiać. Jako jedyna traktowała mnie normalnie. Logan, który kochał mnie niby nad życie, mówił do mnie "córko prezydenta", "bo powie tacie". Czasami nawet "żartował", że teraz ma szanse zostać prezydentem. Żartował. Tak uważał. Nie sadzę, żeby to brzmiało jak żart. Nawet już ze mną nie chce się kochać. Uważa, że ktoś nas obserwuję, albo że kamery są zamontowane w pokoju. Niech nie przesadza. Już nigdzie razem nie wychodzimy, ciągle tylko siedzimy w domu. To znaczy, on jeszcze jeździ od czasu do czasu do studia. Raz mnie nawet zakluczył w naszej sypialni, bo stwierdził, że mogę mieć kochanka. Jednym słowem. To nie jest mój Logan.




- Hahaha... - postawiłyśmy jej walizki w wejściu. - Tego nigdy nie zapomnę.
- Ja też nie. - zawtórowałam brunetce.  
- Z czego się tak śmiejecie? - zapytał Carlos odwracając się do nas na fotelu. 
- I tak nie zrozumiesz. - powiedziałam chichocząc jak opętana.
- Damy z białego domu nie zrozumiecie. - mruknął Logan gapiąc się w telewizor. Od razu przestałyśmy się śmiać, a on dopiero wtedy spojrzał na nas. - Powiedziałem coś nie tak?
- Nigdy nie myślisz za nim coś powiesz? - do salonu wszedł Kendall. 
- Przecież nic złego nie powiedziałem. - bronił się. 
- Jesteś idiotą. - warknęła Vivienne. 
- Bo zaraz nigdzie nie pojedziesz. - pogroził mi palcem.
- A kto mi zabroni? Ty? - prychnęła. 
- Jestem twoim kuzynem. Starszym. Jesteś niepełnoletnia. 
- Zjebanym kuzynem. - warknęła, a wszyscy na nią spojrzeli zszokowani. Przecież ona nigdy nie klęła. Zawsze była spokojniejsza od nas, a teraz? Zmieniła się i to bardzo. 
- Vivienne, taksówka już jest? - do salonu wszedł James. 
- Już idę. - mruknęła i się ze mną pożegnała. - Będę co dziennie dzwonić. 
- Trzymam cię za słowo. - uściskałam ją. 
- Pa. - pomachała reszcie i razem z Jamesem wyszła. Chłopak włożył jej walizki do bagażnika, a następnie odjechali. Jeszcze raz jej pomachałam, a następnie wróciłam do salonu. Usiadłam w fotelu i głośno wypuściłam powietrze. 
- Aż tak się zmęczyłaś? - zaśmiał się Latynos. 
- Carlos... - zrobiłam minę słodkiego szczeniaczka. - A zrobiłbyś mi ten swój deser lodowy? 
- Nie mam wyboru, prawda? - zaśmiał się cicho wstając i kierując do kuchni. 
- Dziękuję! - krzyknęłam za nim. 
- Ja też chcę! - krzyknęli pozostali. 




Oczami Jamesa 


Odkąd weszliśmy do samolotu nie spojrzała na mnie ani razu. Cały czas siedziała i patrzyła w okno. Tak jakby chmury były ciekawszą rzeczą niż rozmowa ze mną. Może dla niej były? Pewnie nie chciała ze mną tam lecieć i zgodziła się tylko z litości. To na pewno była litość. Nic innego, tylko litość, której nienawidziłem. 
- Zrobiłaś to z litości? - spojrzałem na nią, a ona nawet nie drgnęła. - Vivienne? - lekko ją szturchnąłem. 
- Hmm? Mówiłeś coś? - zapytała powoli odwracając się do mnie. 
- Zrobiłaś to z litości? - powtórzyłem. 
- Ale co? - zmarszczyła brwi. 
- Zgodziłaś się ze mną tam pojechać. 
Nie odpowiedziała. Włożyła słuchawki w uszy i znów spojrzała w okno. 
- Nigdy nie litowałam się na tobą i nie zamierzam. - mruknęła i to były jej ostatnie słowa skierowane do mnie. Potem zasnąłem. Śniłem o plaży. O Vivienne. Byliśmy razem na plaży. Leżeliśmy na kocu. Przytulała się do mnie. Całowała moją dłoń. Czułem zapach jej miękkich włosów. Jej brązowe oczy badały każdy szczegół mojej dłoni...


- Proszę pana. Proszę pana. - usłyszałem jak przez mgłę. Powoli otworzyłem oczy. Przede mną stała nachylona stewardesa. Spojrzałem w bok. Nie było jej. - Proszę wysiąść. Pańska dziewczyna czeka na pana w środku. 
 - Co? - zapytałem przecierając oczy. 
- Pańska dziewczyna jest już w budynku. 
Szybko wstałem i skierowałem się do wyjścia. Nie minęło dużo czasu,a  mogłem zobaczyć jak Vivienne rozmawia z jakimś chłopakiem. Chyba był od niej młodszy. Nie wiem. Nie znałem go, ale ona przeciwnie... Może to jej nowy chłopak? Może dlatego się zgodziła?



~*~*~*~*~*~*~*~*~*~* ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~* ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~* ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~* ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Hejj ;* Pojawiła się nowa zakładka "Konkurs" Prosiłabym, żeby chętni do niej zajrzeli. Wicie co? Chyba znów powracam do akcji. xd Notki będą się pojawiać w miarę regularnie, ale niczego nie obiecuję, bo zbliżają się egzaminy. Mam nadzieję, że moi czytelnicy wciąż są ze mną. :) Dajce o sobie trochę znać, bo tęsknię za wami. Bardzo... ;ccc
Lofffkii ;*

wtorek, 25 lutego 2014

130 (...) ... (...)

Hej ;p Najpierw muszę was podręczyć xd A więc. Notki będą dodawane BARDZO RZADKO. Mam coraz mniej czasu wolnego, a nie zawsze mogę go poświęcić blogowi. ;) Jest coraz więcej nauki, a ludzie są coraz bardziej upierdliwsi. -,- Niestety. Ale mam nadzieję, że zrozumiecie i zostaniecie ze mną ;3 <3 
Lovvvki i miłego czytania ;p ;*





- Nie rozumiem cię. - mruknąłem wchodząc za szatynką do jej nowej sypialni. Zerwaliśmy, a ja się zaręczyłem, ale... Brakowało mi jej. Budzenia się przy niej. Patrzenia na nią każdego ranka. Kiedy to ona mnie budziła. Uwielbiałem jej uśmiech. Pamiętałem wszystko dokładnie. Każdą chwilą spędzoną z nią. Wszystko było cudowne i przepełnione magią. Nigdy z nikim nie byłem szczęśliwszy niż z nią. Dawała mi wszystko. Przy niej czułem się ważny. Owszem. Byłem sławny i uwielbiało mnie miliony nastolatków, ale to nie to samo. Ona była inna. Miała w sobie to coś, to czego nie miała żadna inna. Była wyjątkowa. 
Za każdym razem kiedy z nią rozmawiałem czułem się inaczej. Wywoływała we mnie uczucia, których nie odczuwałem będąc z kimś innym. Czułem jak serce mi przyspiesza, jak myśli zaczynają się plątać, a ręce drżeć. Nigdy nie czułem się tak, nawet będąc nastolatkiem, który zakochiwał się po raz pierwszy. Może zaczynałem kochać ją po raz kolejny? 
- Ale dlaczego? Po prostu nie chcę być twoim świadkiem na ślubie z dziewczyną, którą ledwo poznałeś. - mówiła spokojnie szukając czegoś w biurku. 
- Zakochałem się. - nie byłem pewien tego, ale ona o tym wiedziała. Chciała mnie powstrzymać przed głupstwem.
- Przez jedną noc? - prychnęła. - Przespałeś się z nią po pijaku, a następnie oświadczyłeś, wręczając pierścionek, który ci oddałam...
- Ja... - zaciąłem się. Miała rację. Nie znałem jej. Nie wiedziałem o niej praktycznie nic. W dodatku dałem jej pierścionek, należący do Vivienne. Byłem podłym chamem. 
- Co ty? Żałujesz? Proszę cię. - podeszła do szafki nocnej. - Oboje dobrze wiemy, że jej nie kochasz, że czujesz się zobowiązany być z nią, że należy tak postąpić. Ale się mylisz. Brnąc w to dalej ranisz ją coraz bardziej. - powiedziała i wyszła. 
Była mądra. Nie musiałem nic mówić, a ona to wszytko wiedziała. Czuła, że jej nie kocham. Znała mnie. Spędziła ze mną tyle czasu, że wiedziała co tak naprawdę odczuwam. 



Cały czas myślałem o słowach Vivienne. Miała rację, ale czy na pewno? A może jednak kochałem Halston? Może była tą jedyną? Może po prostu Vivienne nie chciała, żebym był szczęśliwy? Nie. Ona tego chciała, ale bała się, że popełnię błąd, którego będę żałował do końca życia, którego nie da się naprawić bez łez. Ale co mam zrobić? Tak po prostu do niej podejść i powiedzieć, że się myliłem? Że jej nie kocham? Że zbyt pochopnie podjąłem decyzję? Przecież nie mogę z nią zerwać! A może powinienem...? 
- James, wszystko w porządku? - zapytał mnie Carlos. - Wyglądasz dziwnie. Dobrze się czujesz? 
- Tak... - westchnąłem. - Po prostu nie wiem co mam robić... 
- Ale z czym?
- Z kłamstwem. - odwróciłem się do niego. - Gdybyś zrobił coś naprawdę głupiego, co wtedy byś powiedział? 
- Prawdę. - powiedział bez zastanowienia. 
- Ale jeśli ta prawda boli?
- Czasem prawda boli, ale kłamstwo zostawia znacznie większe i głębsze blizny. Lepiej powiedzieć prawdę i ponieść konsekwencję, niż brnąć w kłamstwo i stracić wszystko co się miało. 
- Kiedy stałeś się takim mądralom, co? - zaśmiałem się cicho. 
- Taki się urodziłem. - zawtórował mi. - Nic nie poradzę na swój geniusz. 
Znów się zaśmiałem.
- Dzięki, Carlos. 
- Spoko. To nic wielkiego. - uśmiechnął się i poszedł na górę.
- Czas stanąć twarzą w twarz z własnym strachem. - mruknąłem sam do siebie i poszedłem do swojej sypialni.

- Hej. - szepnąłem i schowałem ręce do kieszeni. Byłem mega spięty. Nie wiedziałem jak mam jej to powiedzieć. Bałem się jej reakcji. Bardzo.
- Coś się stało? - spytała i uśmiechnęła się promiennie.
- Chcę wyjechać...
- Ooo... wakacje? A gdzie pojedziemy? 
- Nie rozumiesz. Chcę pojechać sam. 
- Aha. - widać, że ją to zabolało. - A można znać powód?
- Chcę sobie wszystko  poukładać. Przemyśleć. Ogarnąć. 
- To znaczy co? - zmarszczyła brwi.
- Wszystko. 
- Kiedy chcesz wyjechać? 
- Za dwa dni. 

- Rozumiem. - mruknęła i wyszła. Wiedziałem, że ją to boli. To było widać, a ona nie zamierzała tego ukrywać.



~*~

Wiem, wiem. Krótki, ale to brak weny. Nie mam już pomysłów. To tak na szybko. Nwm kiedy będzie kolejny, więc niczego nie obiecuję. ;)  No i prosiłabym o pozostawienie komentarza. ;) Chciałabym zobaczyć ilu jeszcze czyta... to coś ;) 

środa, 11 grudnia 2013

129 " (...) Moja głowa (...) "

Obudziły mnie promienie słońce. Leniwie przetarłam oczy i spojrzałam na zegarek w telefonie. Wskazywał 3:00pm. 
- Boże, ile ja spałam? - mruknęłam sama do siebie i odłożyłam telefon, a następnie poczłapałam do łazienki odświeżyć się trochę. Wzięłam szybki zimny prysznic i wykonałam resztę tych samych czynności  co każdego dnia, po obudzeniu się.  Ubrana zeszłam na dół. W domu panowała cisza, przerażająca cisza. Kiedy weszłam do salonu zobaczyłam pełno pustych butelek, porozwalane chipsy, zbity wazon, dwie rozerwane poduszki i pełno piór i waty. Jednym słowem, salon wyglądał jak chlew, chociaż świnie by się obraziły, bo one nawet w takim syfie nie mieszkają. 
Zrezygnowana poszłam do kuchni w poszukiwaniu aspiryny. Od razu wzięłam dwie tabletki i popiłam je wodą. Nie chciało mi się zbytnio jeść, więc postanowiłam ogarnąć ten syf w salonie. Zaczęłam od powywalania pustych butelek. 
Nie minęły dwie godziny, a wszystko było posprzątane. Wzięłam wszystkie worki i ruszyłam wyrzucić śmieci, a że dziś była niedziela to musiałam iść do kontenerów na drugą ulicę. Oczywiście zabrałam ze sobą Fox'a, no bo kto go wyprowadzi skoro wszyscy jeszcze śpią. 
- Dzień dobry, kochanie - usłyszałam nad uchem ten znienawidzony głos, a następnie poczułam ręce na swojej tali. Fox momentalnie zaczął szczekać, a mi stanęło serce. 
- Zostaw mnie - warknęłam próbując ukryć swój drżący głos. 
- Czyżbyś się mnie bała? - szepnął wrednie, a jego ręce zaczęły jeździć po moim brzuchu szukając wejścia pod bluzkę. Gwałtownie się odsunęłam i zobaczyłam Luck'a.
- Nigdy - warknęłam pewniej, a on przycisnął mnie do pobliskiego muru.
- Pociągasz mnie, skarbie - sapnął i zaczął całować mnie po szyi. Zaczęłam się szarpać, ale on przycisnął mnie jeszcze bardziej.
- Puść mnie! - warknęłam i zaczęłam się szarpać. 
- I stracić taką okazję? Nigdy. -zaśmiał się kpiarsko, a jego ręce zaczęły jeździć po moich pośladkach i pod moją bluzką. Jego chłodne wargi dotykały mojej szyi i dekoltu, a szorstkie dłonie błądziły po moim ciele. Wykorzystałam moment jego nie uwagi i odepchnęłam od siebie. Szybko wzięłam Fox'a na ręce i zaczęłam biec. Usłyszałam tylko głośny krzyk. 
- I tak dostanę to czego chcę! 
Jak opętana wpadłam do domu. Dysząc zjechałam po drzwiach, a po moim policzku spłynęła łza, a za nią zaraz kolejna. Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęłam płakać. 
- Nigdy się go nie pozbędę -  szlochałam żałując,  że żyję. 
Po jakiś dziesięciu minutach wróciłam do kuchni. Nalałam Fox'owi wody do miski i wzięłam się za śniadanie. Zrobiłam sobie dwie kanapki, ale po jednym gryzie odechciało mi się jeść. Po chwili w kuchni stanęła Halston. 
 - Hej - mruknęła. - Długo nie śpisz?
 - Jakieś cztery godziny - mruknęłam patrząc na zegarek, który wskazywał 7:00pm.
 - Ale widziałam, że ogarnęłaś salon,ale czy tam przypadkiem nie brakuje wazonu? 
 - Tak. Brakuje - zaśmiałam się.
- Chłopcy?
- Chłopcy.
- Mogę cos ci powiedzieć? - spytała nagle.
- Pewnie.
- Ale to tajemnica, jak na razie.
- Okay - uśmiechnęłam się.
- Ja i James zaręczyliśmy się - gdy to powiedziała momentalnie moje oczy się powiększyły. Nie mogłam uwierzyć w to co przed chwilą usłyszałam. Ona i James. Nie. To nie możliwe. Chyba, że... Przecież on nie jest aż tak głupi, żeby iść po pierwszym spotkaniu z dziewczyną do łóżka. Nie, no jest, ale... To nie może być prawdą. Nie może. Nie przeżyję tego.
- Hej, Vivi? - Halston pomachała mi ręką przed twarzą.
- Tak? - spojrzałam na nią.
- Wszystko gra? - spytała.
- Tak, tak - mruknęłam i wyszłam z kuchni. Od razu wzięłam Fox'a i poszłam z nim na spacer. Zadzwoniłam po Vanessę. Spotkałyśmy się w parku. Musiałam z kimś pogadać. Musiałam.



Oczami Jamesa


- Hej, misiek - pocałowałem swoją narzeczoną. - Jak się spało?
- A dobrze - zarzuciła mi ręce na szyję. - Powiemy im dzisiaj?
- Jeśli chcesz to tak - uśmiechnąłem się.
- Kocham Cię - pocałowała mi krótko.
- Ja ciebie też - już miałem złożyć na jej delikatnych ustach pocałunek, kiedy do kuchni weszła cała reszta. Szybko się od siebie odsunęliśmy i udawaliśmy, że nic się nie stało.
- A wam co? - zdziwił się Kendall i zaczął robić sobie śniadanie.
- Nie nic - mruknąłem i zrobiłem sobie kawę.
Po śniadaniu chciałem pogadać z Vivienne, ale nie mogłem jej znaleźć. Musiałem poczekać, aż wróci. Innego wyjścia nie miałem.




~*~

Wybaczcie, że taki krótki, ale wena jakoś mnie opuściła i jak na razie nie zamierza wrócić, więc nie wiem kiedy dodam kolejny rozdział. ;/
Sorki ;/

niedziela, 20 października 2013

Czy prawdziwa miłość przetrwa wszystko? cz.2

Nagle do szpitala wpadła jakaś dziewczyna i zaczęła wydzierać się.
- Gdzie jest mój chłopak?! Gdzie jest Logan?! - biegała po wszystkich korytarzach. 
- Ona nie mówi o moim Loganie, prawda?-  zapytałam Kendalla. 
- Nie, to nie możliwe - powiedział, a z sali wyszedł lekarz, szybko do niego podeszłam. 
- I co z Loganem? -  zapytałam, a ta blondi podeszła do nas. 
- Panie doktorze, gdzie jest mój chłopka? Logan Henderson. Gdzie, on jest? 
- Przepraszam, ale mogę udzielić takich informacji jedynie rodzinie - powiedział i zwrócił się do mnie. - Pański narzeczony będzie mógł żyć normalnie, ale będzie potrzebował bardzo dużo pańskiej uwagi i czasu. 
- Oczywiście - powiedziałam. - Czy mogę...? - wskazałam na drzwi.
- Tak, ale proszę go za bardzo nie męczyć - skinęłam, a on odszedł.
Wzięłam głęboki oddech i weszłam do sali. Zobaczyłam jak mój chłopak jest po podłączany do różnych urządzeń. Miał owinięta głowę, nogę w gipsie po samo kolano, rękę to samo, no i do tego jeszcze kołnierz. Uśmiechnęłam się, a do moich oczu napłynęły łzy. Usiadłam na krześle obok niego i delikatnie ścisnełam jego zdrową dłoń.
- Hej - powiedziałam cicho.
 - Hej - odpowiedział słabo.
- Coś ty wywinął? - powiedziałam i dałam upust swoim łzą.
- Chciałem załatwić to szybko - powiedział słabo.
- Przecież mówiłam, że masz jechać ostrożnie głupku. 
- Przepraszam, skarbie.
- No już dobrze, ale możesz być pewnie, że gdyby nie to wszystko - wskazałam na opatrunki i sprzęt medyczny. - Byłbyś już martwy. 
Zaśmiał się cicho na co kąciki moich ust uniosły się delikatnie. Gadaliśmy już dłuższy czas, więc w końcu zapytałam. 
- Skarbie... W szpitalu jest jakaś dziewczyna i mówi, że jest twoją dziewczyną.
- Ale ja się spotykam tylko z tobą - zacisnął moją rękę mocniej. - Chyba powinnaś już iść. 
- Jasne. Pa - cmoknęłam go w policzek i wyszłam. 
Kiedy tylko wyszłam ze szpitala uświadomiłam sobie, że zapomniałam komórki, więc się po nią cofnęłam. A co zobaczyłam jak weszłam do sali, w której leżał Logan? Tą samą dziewczynę, która podawała się za jego dziewczynę. Najdziwniejsze jest to, że powiedział iż jej nie zna, a teraz się z nią całuje? Kiedy tylko to zobaczyłam serce pękło mi na pół, a jego kawałki posypały się we mnie. Nic nie pozostało z serca, które biło dla naszej miłości. W oczach zaczaiły mi się łzy, ale nie płakałam. Nie mogłam. Nie przy nich. Wzięłam swoją komórkę i dopiero wtedy mnie zauważyli. 
- Skarbie, ja ci to wyjaśnię - powiedział  szybko Logan.
- Nie masz mi co wyjaśniać - mruknęła i wyszłam. 
Wsiadłam w auto i tam dopiero się rozpłakałam. Odpaliłam auto i ruszyłam w drogę powrotną do domu. Nie mogłam pojąć jak on mógł mi coś takiego zrobić Przez tyle lat razem, a on mnie zdradza. Jestem tylko ciekawa czy wie,  że będziemy mieli razem dziecko, że ja go kocham ponad życie. Czy on w ogóle wie, że nie robi się czegoś takiego? 
Ciekawe ile to już trwa i czy zamierzał mi powiedzieć. Dlaczego on w ogóle mnie zdradza? Aż taka zła jestem? Czegoś mu nie dałam? Nie rozumiem tego wszystkiego. 
Z moich rozmyślań wyrwał mnie klakson. Gwałtownie się zatrzymałam widząc co się dzieje. O mało co nie wjechałam pod ciężarówkę. Zaczęłam oddychać szybko. Wtedy miałam tylko jedną myśl w głowie. " Jeśli bym wjechała pod tą cholerną ciężarówkę nie cierpiałabym." Jedyne czego byłoby mi szkoda to  życie naszego maleństwa. A raczej już tylko mojego. Dziecko nie będzie miało takiego ojca. Na pewno nie. 


Osiem miesięcy później


- Skarbie, proszę - mówił Logan idąc wciąż za mną. Dlaczego chodził za mną? Bo właśnie pakowałam resztę jego rzeczy. - Daj mi to wyjaśnić. 
- Co chcesz wyjaśniać?! To, że mnie zdradziłeś?! Czy to, że nie posiadasz serca?! 
- Nie chciałem tego...
- Czyli zaraz mi powiesz, że zdradziłeś mnie przez przypadek. Albo jeszcze lepiej - uśmiechnęłam się głupio. - Ona cie do tego zmusiła! 
- Posłuchaj mnie - chwycił mnie za ramiona. 
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęłam i strąciłam jego dłonie. 
- Mamy dziecko...
- Nie. Ja mam - warknęła. - Harry nie będzie miał takiego ojca. 
- Nie pozbawisz mnie praw do własnego syna. 
- To nie jest twój syn! Jego ojciec jest porządnym, odpowiedzialnym, uczciwym człowiekiem!
- Przestań. 
- Nie! - krzyknęłam, ale zaraz złapałam się za brzuch. - Auł! 
- Co ci jest? - zapytał chłopak. 
- Nic. Zostaw mnie w spokoju. 
- Jedziemy do szpitala.
- Nie dotykaj mnie - warknęłam, ale on nie posłuchał i wziął mnie na ręce, a następnie szybko zawiózł do szpitala. Nie minęło pół godziny, a już byłam na porodówce i rodziłam. Nie sądziłam, że tak piękna rzecz jak narodziny może tak boleć 
- Ma pani pięknego synka - uśmiechnęła się pielęgniarka po wielu godzinach . 
Uśmiechnęłam się i wzięłam go na ręce. 


Dwa miesiące później


- Witam moje skarby - powiedział Logan i pocałował mnie w czoło, a następnie naszego syna. 
Tak. Wybaczyłam mu, ale teraz trzymam go krótko. :D  Żartuję. Ale tak na poważnie, to się zmienił. Bardzo. No i spodziewamy się drugiego dziecka. 





THE END 

czwartek, 3 października 2013

128 " (...) Nie wierzę... (...) "

No hej, hej skarby ;* Tak, tak WRÓCIŁAM! ;d Klękajcie narody, bo wrócił diabeł xd ;p Tęskniliście? ;d Pewnie, że tak ;d Kto Wam nie uprzykrza życia tak, jak ja? ;d Nie ma takiej osoby na świecie xd  Ale tak na serio to.....
Wróciłam by zatruć Wam je do końca ;d  *diaboliczny śmiech* ;d
Dobra teraz serio na poważnie. Jak wiecie szkoła wróciła, czym skutkuje moja mała obecność na blogach. :( Dużo sprawdzianów, kartkówek itd. Nwm jak Wam, ale ja już miałam w pierwszym tygodniu -,- Głupia trzecia klasa -,- Głupie egzaminy -,- Cała szkoła jest głupia -,- Może to Wam poprawi humor xd Znalazłam to już DAAAAAAAAAAAAAAWNOOOOOOOOOO ale wcześniej nie było okazji tego pokazać. 









Dobra, a teraz czas na długo oczekiwaną notkę, no i mam nadzieję, że na następną nie będziecie czekać tak długo ;* ale jednak będziecie, ponieważ mam sporo nauki ;/ :D ;** 
Do miłego ;* 




Oczami Vivienne


Cały czas szłam z Halston do domu, śmiejąc się, wspominając to jak byłyśmy dziećmi, no i dowiedziałam się od niej bardzo dużo ciekawych rzeczy. Na przykład to, że zakochała się w moim chłopaku. Ale mi to nie przeszkadza, bo w końcu już z nim nie jestem i nic do niego nie czuję. Prawda? Już go nie kocham i koniec. A może jednak? Sama już nie wiem. Kurde! Jak go widzę to mam motylki w brzuchu, ale po wczorajszym szczerze się go boję. I to jest najgorsze, bo on nigdy by mi czegoś takiego nie zrobił. Nie na trzeźwo Może to moja wina? Może byłam dla niego zbyt ostra? Sama już nie wiem. Pogubiłam się jeśli chodzi o uczucia do niego! Za jakie grzechy?! Dlaczego życie nie może byś proste?! 
Nawet nie zauważyłam kiedy dotarłyśmy do domu Hendersona.  Trafiłyśmy akurat na Carlosa.
- O hej - uśmiechnęłam się.
- Hej - powiedział cicho. Jego wzrok był pusty, a w oczach można było zobaczyć swoje odbicie. Niczym w lustrze. 
- Co jest? - zapytałam, a Halston weszła do środka. 
- Zostałem zgwałcony - usiadł na schodach, ami prawie oczy wyskoczyły z czaszki. 
- Ty chyba jaja sobie robisz - pochyliłam się w jego stronę. 
-Nie - pokręcił głową. 
- Ale.... jak? Przez faceta? - powiedziałam piskliwym głosem. 
- Nie.... Dziewczynę - powiedział i schował twarz w dłoniach. 
- Ale jaką? - kucnęłam przed nim. 
- Kojarzysz Droke? - pokiwałam głową na znak, że tak. - To ona mnie związała i....  Boże jak ja o tym powiem Christine? Przecież ona mnie znienawidzi, na zawsze. 
- Ale... Co?! - krzyknęłam nadal nie wierząc. - Powiedz, że kłamiesz. 
- Chciałbym - mruknął i schował twarz jeszcze bardziej. - Boże jaki ja byłem głupi zgadzając się na tą sesję. 
- To jaką ty miałeś sesję? - jęknęłam. - Do pornola? 
- Nie - zaprzeczył szybko. - Ja miałem roić jej zdjęcia.
- No to jak ona mogła cię związać?
- No, bo powiedziała, że jej sesje wyglądają inaczej, więc zapytałem jak, a ona kazała zamknąć mi oczy i... 
- Proszę, tylko nie to - szepnęłam.
- Zabiję się - jęknął, a z domu wyszła Christine. 
- Co tu tak stoicie? - zaśmiała się. - Właźcie. 
Nie chętnie wykonaliśmy jej polecenie. Pena od razu zabrał ją na górę. 
- Co oglądacie? - zapytałam pozostałych, czyli Jamesa, Halston, Logana, Victorię, Kendall'a i Meg. 
- Małych agentów - powiedział Maslow.
- Tych z Alexą Vegą? - zapytałam.
- Taaaak - powiedział Kendall nie patrząc na mnie i kiwając głową. 
- A nie wolelibyście zrobić dnia nad basenem? - zapytałam i wskazałam na okno. Jak na złość zaczęło padać. - No bez jaj! Przed chwilą świeciło słońce! 
- Widzisz? - zapytał James i wyłączył telewizor, a następnie spojrzał na mnie. - Słoneczko cię nie lubi. 
- Odezwał się ten lubiany - wytknęłam mu język. 
- A żebyś wiedziała - wytknął mi język. - Kto mnie lubi? 
Maslow jako jedyny poniósł rękę, a Halston w połowie. 
- No wy sobie chyba żartujecie - udał oburzonego. - A ty czemu tak nisko rączka? 
- Bo cię lubię, ale w połowie - powiedziała ledwo powstrzymując się od śmiechu. 
- Dzięki - dodał robiąc pocer face. - Kto lubi Vivienne? Pewnie nikt... - machnął ręką. 
 Wszyscy podnieśli ręce, a na schodach pojawili się Christine i Carlos. 
- Nie wiem o co chodzi, ale... - powiedział Latynos i podniósł swoją i blondynki rękę.
- A widzisz? - wytknęłam mu język. - Wszyscy mnie lubią, a ciebie nikt. 
- Ciekawe czy będą cię lubić w basenie - dodał wrednie i przerzucił mnie przez ramię.
- Postaw mnie! - zaśmiałam się i poczułam na sobie krople deszczu. 
- Nie ma sprawy - wzruszył ramionami i.... wrzucił mnie do basenu.
Nie no... Pada deszcz, a ja się kąpię w basenie. To trzeba być naprawdę nienormalnym. 
- JAMES!!!!!! - wydarłam się na całe gardło. - IDIOTO JEDEN!!!
- Tak, myszko? - zapytał akcentując ostatni wyraz.
- Zabiję! - warknęłam i zaczęłam wychodzić z basenu. 
- Daj pomogę ci - zaśmiał się Maslow wyciągając do mnie rękę. 
Uśmiechnęłam się cwanie i wciągnęłam go do wody. No i przez jakieś dziesięć minut wydurnialiśmy się w basenie w deszczu. 
- Weźcie wyłaźcie, bo będziecie chorzy! - wydarł się Kend.
Śmiejąc się jak głupi weszliśmy na taras, gdzie otrzymaliśmy ręczniki i rozkaz marszu przebrania się. Po jakiś dwudziestu minutach zeszłam na dół ubrana w TO. Pierwsze co przykuło moją uwagę to James pod kocem. Jak głupia zaczęłam się śmiać, a w tym czasie Carlos porwał mnie do łazienki na dole. 
- Po co mnie tu wciągnąłeś? - zapytałam odsuwając się od brudnych bokserek Logana. 
- Bo chciałem ci powiedzieć, że Christine prosiła, żebym więcej nie szedł na tą sesję z Droke, a jeszcze jutro...
- Mam iść za ciebie i powiedzieć, że nie mogłeś przyjść? - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam. 
- Dziękuję - przytulił mnie i wyszedł. 


Minął miesiąc odkąd Halston zamieszkała z nami. Wszystko się układało wspaniale, a ja dla zabicia czasu wzięłam się dzisiaj za sprzątanie. Zaczęłam się rozglądać za jakimiś szczypcami do brudnej bielizny chłopaków. Kiedy je znalazłam chwyciłam nimi bokserki Logana i zasłaniając nos ruszyłam do salonu. 
- Nie żeby coś, ale to śmierdzi - pokiwałam pozostałym bielizną. 
- Co to jest? - zaśmiała się Sage. 
- To ma pleśń? - zapytała Meg mrużąc oczy, żeby się lepiej przyjrzeć. 
- I grzyba.... - dodał Carlos. 
- Zaraz moje śniadanie ujrzy światło dzienne - powiedziała Vicki z odruchem wymiotnym. 
- To są bokserki Logana - wydusiłam. 
- To w ogóle nie przypomina bokserek! - dodał James z obrzydzeniem. 
- Ale są jego - rzuciłam nimi w Logana i trafiłam w twarz. 
Ten szybko je zrzucił i zaczął szybko oddychać. 
- Boże, to śmierdzi jakby szczur tam zdechł - mówił z wielkimi paczadłami. - Albo i gorzej! 
- Tam mieszkają twoje skarby - powiedziała Sage i wszyscy wybuchliśmy śmiechem. 
- Już wiesz czemu to tak pachnie! - śmiałam się.
- Na pewno to nie od moich skarbów - udał oburzonego. 
- A może od moich? - zaśmiał się James. 
- A skąd mam wiedzieć co nosisz na tyłku? - wytknął mu język. - Nie zaglądam ci tam. 
- No wiedziałbym chyba o tym czy patrzysz mi na moje skarby - powiedział szatyn, a Christine zaczęła się krztusić sokiem. 
- A może zrobił to jak spałeś? - powiedział Kendall. 
- Nie? Czuł bym - powiedział Maslow i wziął łyka herbaty. - A poza tym on się nigdy nie dowie jak wyglądają moje skarby.
- Macie to samo - zaśmiała się Meg. - Może minimalne różnice, ale to samo.
- yyyy.... Patrzyłaś im tam?! - Kendall wytrzeszczył na nią gały.
- Fuj! Nie! - udała obrzydzenie. - Aż taka ciekawa świata to nie jestem. 
- Czyli mogłabyś im tam zajrzeć? - mówił ledwo powstrzymując się od śmiechu. 
- Nie! Fuuuuu.... 
- Dobra. Gramy w butelkę - powiedział blondyn i wyrwał pustą butelkę po soku Christine i zakręcił ją na stole. Wypadło na mnie. - Vivienne. Prawda czy wyzwanie? 
- Prawda - powiedziałam i wgramoliłam się Jamesowi pod koc. 
- Czy to prawda, że Meg chce zobaczyć skarby Jamesa i Logana? - zapytał, a ja wybuchnęłam śmiechem. 
- Nie, Kendall.Ona nie chce zobaczyć ich skarbów. 
- Dobra - powiedział udając obrażonego. - I tak dowiem się prawdy. 
- Kendall bądź grzeczny, bo seksu nie będzie - zaśmiał się Logan. 
- Seks? Z tobą? Wolę szczura z kanałów - odgryzł się. No i tak się zaczęło. Doszedł jeszcze alkohol, więc było jeszcze weselej. 
- No, ej! To ma być pocałunek, a nie cmoczek - oburzył się Kendall. 
- Całujcie się gołąbeczki - powiedział Carlos.
No, a ja z Jamesem wykonaliśmy w końcu ich nalegania. 
- Dobra James teraz ty kręcisz - powiedział Carlos i podał mu butelkę. Wypadło na Sage. 
- Wyzwanie - powiedziała pewnie. 
- Pocałuj mnie - wyszczerzył się. 
- Ok - zaśmiała się i zaczęli się migdalić. 
- Ja idę spać - powiedziałam i poszłam na górę, zostawiając ich grających dalej, no i miziających się cały czas Jamesa i Halston.